METRO [One Shot]

Ten tekst ma długą i ciekawą (chyba) historię, ponieważ z początku miał być baaardzo długim One Shotem, później zastanawiałam się nad rozwinięciem go w dłuższe fanfiction, koniec końców opublikowana została jego pierwsza część, a namówiona przez czytelników dopisałam drugą. Po dłuższym namyśle usunęłam blog ministories, bo i tak nie mam czasu na pisanie króciutkich miniaturek tak często, jak bym chciała, stąd też decyzja o przeniesieniu kilku tutaj, na Short stories. I tak chyba będzie najlepiej. Więc oto przed Wami słodka historia Caluma i Effie, którzy poznali się w metrze. Publikuję od razu dwie części, z racji tego, że są krótkie. ;)
Inspiracją do napisania shota było zdjęcie  klik



Siedziałam na siedzeniu przy oknie i naciągałam rękawy bluzy na dłonie. Gdy rano wychodziłam z domu było ciepło, więc wzięłam ze sobą jedynie cienką szarą bluzę z kapturem. Teraz tego żałowałam. Był wieczór, a w metrze nie było zbyt wielu osób.
Rozejrzałam się po wagonie, aby napotkać brązowe tęczówki, wpatrujące się we mnie z uwagą. Przyjrzałam się chłopakowi, odpowiadając tak samo hardym spojrzeniem. Miał na sobie szarą bluzę z nadrukiem no morals i czarne spodenki z Adidasa, a spod ciemno-granatowej czapki wystawały kosmyki ciemnych włosów. Biła od niego aura tajemniczości, mimo iż był ubrany całkiem zwyczajnie.
Zażenowana odwróciłam wzrok, znów wpatrując się w ciemną plamę za szybą. Czekała mnie jeszcze długa podróż, aż do ostatniej stacji, zwłaszcza, że wsiadłam na pierwszej. Nic nie mogłam poradzić, że moja najlepsza przyjaciółka mieszkała na drugim końcu miasta, a akurat dziś musiałam jej pomóc w rozwiązaniu problemu miłosnego.
Oczywiście, jak zwykle musiała przesadzić. Ma tendencję do wyolbrzymiania, a gdy chłopak rozłączył połączenie, dostała ataku histerii, bo właśnie byli w trakcie poważnej rozmowy. Nie potrafiła zrozumieć, że biedakowi rozładowała się bateria w telefonie. Ale później, gdy obydwoje wszystko sobie wyjaśnili, spędziłyśmy razem wspaniałych kilka godzin. Lecz niestety, wszystko co dobre szybko się kończy.
Metro zatrzymało się na kolejnej stacji, a ja w myślach policzyłam, że do mojej zostało jeszcze dwadzieścia-siedem. Jęknęłam w duchu i skarciłam samą siebie za to, że nie zabrałam ze sobą słuchawek. Mogłabym teraz siedzieć i słuchać muzyki, ale nie mogłam. Byłam zmuszona do bezcelowego wpatrywania się w jeden punkt.
Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi i poczułam, jak ktoś zajmuje miejsce obok mnie. Gdyby nie fakt, że poczułam przyjemną woń męskich perfum, nie zwróciłabym na to uwagi. Jednak podniosłam wzrok, aby zauważyć, że tuż obok mnie usiadał właśnie ten chłopak. Naciągnęłam mocniej rękawy bluzy i udawałam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, mimo iż w środku cała się trzęsłam.
Moje nagie udo stykało się z jego i przez moje ciało przypływały przyjemne dreszcze. Był maj, pogoda piękna, zwłaszcza w Australii, więc jak sobie nie pozwolić na chodzenie w szortach i koszulkach na ramiączkach? Oprócz naszej dwójki, w wagonie były jeszcze cztery osoby. Jakaś obleśna para obściskująca się kilka siedzeń dalej oraz dwie staruszki, zawzięcie dziergające na drutach. Chłopak miał wiele miejsc, gdzie mógłby usiąść, więc czemu wybrał akurat to?
– Co takiego ciekawego jest za tą szybą? – Usłyszałam jego głos oraz poczułam ciepły oddech na policzku.
– Co? – Zaskoczona zauważyłam, że pochylał się nade mną i patrzył prosto w moje szare, nijakie tęczówki.
– Przecież za oknem nie ma nic, oprócz czarnych murów, więc zastanawia mnie, co widzisz tam ciekawego, że wpatrujesz się w to z taką uwagą. – Dążył dalej, w międzyczasie zarzucając ramię na oparcie mojego siedzenia, przez co zbliżył się do mnie jeszcze bardziej.
– Ja…
– Boisz się mnie? – zapytał z krzywym uśmiechem.
– Nie znam cię – szepnęłam i zamknęłam oczy. Co innego mogłam zrobić? Gdy je otworzyłam, on wciąż siedział obok i lustrował mnie wzrokiem. W powietrzu unosiła się silna woń jego perfum, a nasze uda wciąż się stykały, tym razem jeszcze bardziej.
– Jestem Calum – powiedział, a ja skuliłam się pod intensywnością jego wzroku. Zawsze miałam pecha i wpadałam na nieodpowiednich ludzi, a to był kolejny tego przykład. Bałam się cokolwiek powiedzieć, więc po prostu spuściłam głowę i przyglądałam się własnym paznokciom, które były świeżo pomalowane przez przyjaciółkę. Jasno-zielone, nawet lekko turkusowe, tworzące coś na kształt ombre. Podobały mi się, a Kat była prawdziwą mistrzynią maniucure. Chłopak złapał kilka kosmyków moich włosów, które lekko opadały na piersi i zaczął okręcać je wokół swoich palców, zakręcając jeszcze bardziej. Nie przepadałam za moimi włosami. Były nieznośne i nie potrafiłam ich układać. Co prawda były zdrowe i miękkie, lecz zakręcały się w lekkie fale i na końcach czasem w loczki. Pomoc prostownicy była dla mnie na porządku dziennym, ale i tak wystarczała tylko na pół dnia.
– Co taka piękna dziewczyna robi sama, o tej porze w metrze? – zadał mi pytanie, które brzmiało jak rodem z horroru. Przełknęłam głośno ślinę i wzięłam głęboki oddech.
– Wracam do domu – jęknęłam.
– Nie musisz się mnie bać… Tak właściwie, to jak masz na imię? – Czekoladowe tęczówki znów wpatrywały się we mnie z uwagą, aby po chwili zjechać niżej, na moje splecione dłonie. – Okej, nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz.
Jego lewa dłoń powędrowała do moich splecionych palców, a druga wciąż leżała na oparciu siedzenia. Przejechał opuszkami palców po moich i uśmiechnął się lekko. Nim się zorientowałam, rozdzielił moje dłonie i jedną z nich ukrył w swojej.
Jego dotyk był lekki, ciepły i przyjemny. Moja dłoń powoli zaczęła się rozgrzewać pod jego wpływem. Tak, noce z reguły były chłodne, a było już dobrze po dwudziestejdrugiej. Całe napięcie, które czułam przy nim, odeszło jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Momentalnie się rozluźniłam, a Calum uśmiechnął z satysfakcją. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy raczej źle, ale czułam się świetnie. Pod wpływem chwili położyłam głowę na jego ramieniu i przymknęłam powieki. Słyszałam jego cichy chichot, ale nie przejmowałam się tym.
– Spójrz, Mary, jaka ta dzisiejsza młodzież jest urocza, mimo tych ich wulgaryzmów. – Usłyszałam skrzekliwy głos jednej ze staruszek.
– Och, Jane, nie każde dziecko musi być złe i wulgarne. Zobacz, oni tak słodko wyglądają – odpowiedziała jej druga, a chłopak przy moim boku zaśmiał się cicho i oparł swoje czoło o czubek mojej głowy.
– Więc jak – wyszeptał tuż nad moich uchem – zdradzisz mi swoje imię? – Jego pytanie wytrąciło mnie z transu, w jaki wpadłam. Wyprostowałam się i spojrzałam na niego uważnie. – Wiesz, moja stacja jest tuż tuż i jestem zmuszony wysiąść.
– Ja… – odparłam, a on jedynie pokiwał głową w milczeniu i wstał.
Metro zaczęło hamować, aby po chwili zatrzymać się z piskiem na stacji. Calum wciąż trzymał moją dłoń, lecz zaczął kierować się w stronę otwierających się drzwi. Nasze palce przez ostatnią chwilę stykały się ze sobą, a potem odszedł. A gdy drzwi zasuwały się i metro było gotowe do odjazdu, odwrócił się i spojrzał na mnie, uśmiechając się lekko. „Znajdę cię” powiedział bezgłośnie, a metro ruszyło w dalszą drogę.



Metro to miejsce dość specyficzne. Albo jedziesz w jednym wielkim ścisku, pośród innych ludzi, który gniotą siebie nawzajem, albo jedziesz bardzo późno, bojąc się, że spotkasz zboczeńca w niemalże pustym przedziale. Calum, którego poznałam kilka tygodni temu, wciąż nie dawał mi w myślach spokoju. Przyłapywałam się na myśleniu o nim za każdym razem, gdy jechałam metrem. A od tamtego wieczoru nigdy nie jeździłam po godzinie dwudziestej. Gdy musiałam skądś wracać później, dzwoniłam po tatę, żeby po mnie przyjechał.
Mimo że chłopak był przystojny, używał świetnych perfum i wydawał się być naprawdę miły, wspomnienie pierwszego spotkania z nim wywoływało we mnie dwa sprzeczne uczucia – podniecenie i przerażenie.
No bo spójrzmy prawdzie w oczy – przystojny chłopak ewidentnie cię podrywa, więc jak tu nie mieć powiększonego ego. Ale z drugiej strony – nie znasz go, nie wiesz o nim nic oprócz imienia i w dodatku jego ostatnie słowa to „znajdę cię”, które mimo dobrych intencji, brzmią jak rodem z horroru.
Ale jako iż nie widziałam go od kilku miesięcy, wspomnienie o nim zaczęło powoli blaknąć, chociaż wciąż utrzymywało swoją ostrość – jak stare zdjęcie, zrobione aparatem na klisze, które wyblakną dopiero z czasem.
Tego dnia w metrze – cóż za niespodzianka – był wielki tłok i właściwie wcale nie musiałam się trzymać zielonej barierki, bo byłam wystarczająco unieruchomiona przez cisnący się wokół tłum. Ale mimo to, trzymałam się mocno, drugą rękę trzymając w kieszeni ortalionowej, cienkiej kurtki, w której miałam klucze od domu i cenny telefon, a także kilka banknotów, bo wyjście z moją przyjaciółką na miasto zawsze kończyło się brakami w budżecie.
Obserwowałam przez ramię jakiejś dziewczyny pewnego chłopaka. Był ciemnoskóry. Na jego szyi znajdowały się duże Beatsy, z których wydobywała się głośna muzyka, a on sam śpiewał na głos, nie bacząc na spojrzenia innych ludzi. Miał przyjemny głos, więc naprawdę umilał mi jakże długą podróż. Słyszałam wokół jakieś zamieszanie, gdy ktoś starał się przecisnąć przez tłum, ale nie zwróciłam na to uwagi, wciąż przysłuchując się chłopakowi i pilnując kieszeni kurtki.
Ale właśnie wtedy czyjeś ręce oplotły mnie w pasie, a na policzku poczułam ciepły oddech, zanim ten ktoś powiedział wprost do mojego ucha:
– Znalazłem cię.
Od razu wiedziałam, kto to. Odwróciłam się, wciąż będąc w jego uścisku i ujrzałam nieco ponad sobą uśmiechniętą twarz Caluma. Jego czekoladowe oczy błyszczały z podniecenia, a duże i pełne usta wygięte były w podkówkę – tak bardzo się cieszył na mój widok?
– Masz dziwną minę – stwierdził nagle.
– Oh?
Zaśmiał się.
– Tylko tyle jesteś w stanie z siebie wydusić?
Posłał mi uśmiech, od którego zmiękły mi kolana i nagle zaczęłam się cieszyć, że mnie obejmował, bo przynajmniej utrzymywał mnie tym w pionie.
– Nie sądziłam, że uda ci się mnie odnaleźć. Sydney jest ogromne – powiedziałam.
– Dla chcącego nic trudnego, nie? A dowiem się w końcu, jak moja piękna przyszła dziewczyna ma na imię?
– Jesteś bardzo pewny siebie – zauważyłam, chociaż jednocześnie poczułam, jak rumienię się na jego ostatnie słowa.
– Aww, chyba muszę częściej mówić ci takie rzeczy, bo z rumieńcami wyglądasz jeszcze piękniej. Albo nie... zamiast mówić, będziemy robić inne rzeczy, od których się zarumienisz.
Stojący obok student zaczął się śmiać pod nosem, ale ani ja, ani Calum nie zwracaliśmy na niego uwagi.
– Więc jak się nazywasz? – ciągnął dalej. – Muszę wiedzieć, kogo zapraszam na kawę.
– Effie.
– Słodko. To jak, zgodzisz się iść ze mną na kawę?
Zagryzłam wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Z jednej strony chciałam, bardzo chciałam – w końcu był przystojny, zabawny, pewny siebie i, trzeba przyznać, seksowny. Ale z drugiej byłam umówiona z przyjaciółką.
– No, nie daj się prosić, Effie – powiedział, przysuwając się jeszcze bliżej mnie. Zapach jego perfum mnie odurzył. Uśmiechnęłam się i niepewnie kiwnęłam głową.
– Dobrze.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to cieszy, Effie.
Oh, kocham to, jak wymawia moje imię.


Calum zabiera ją do kawiarni i przez ten jeden dzień, nasza Effie poznaje go na tyle, że jest nim zauroczona. Z każdym dniem, gdy spotykają się w metrze codziennie rano, podczas podróży do szkoły, a w większość wieczorów ze szkoły wracają, Effie coraz bardziej zakochuje się w Calumie, a on jest nią z każdym dniem zachwycony coraz bardziej.
Morał z tego taki, że należy dać szansę każdej miłości – nawet tej najdziwniejszej, czy znalezionej w podmiejskim metrze.


1 komentarz:

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.