MENTAL - Rozdział 5




Cisza w aucie już nie była tak niezręczna jak na początku. Emma uśmiechała się lekko i przyglądała mijanym ulicom. Nie pytała, gdzie jedziemy. Zdawało się, że mi ufała, mimo iż nie miała podstaw. Byłem jej również wdzięczny za to, że nie zadawała pytań o to, co się wydarzyło zarówno wtedy w jej domu, jak i dziś na klatce.
Już miałem ją o coś pytać, gdy telefon w mojej kieszeni zaczął szaleńczo wibrować, a ten dźwięk rozszedł się po całym samochodzie, gdyż z początku zapomniałem włączyć radio. Sięgnąłem do kieszeni i odebrałem połączenie, włączając tryb głośnomówiący.
– Calum, nie żeby coś, stary, ale macie ogon – odezwał się Ashton. – Przy okazji, sprawdziłeś już jaką bieliznę ma Panna Pistacjowa?
– Ash, idioto, ona to słyszy – warknąłem i włożyłem telefon w specjalne miejsce, tuż obok radia i ekranu dotykowego.
– Ups?
Miałem wyjątkowo głupiego przyjaciela, który teraz chichotał głośno.
– Kto nas śledzi? – Odważyłem się spojrzeć na Emmę, która wlepiała we mnie wzrok pełen… żalu? Zniesmaczenia? Rozczarowania? Ale także i zainteresowania, z tym, że pierwsze trzy emocje były dużo bardziej widoczne.
– Tych dwóch gości, co ci mówiłem, że jak z California Club wyglądają.
– Napakowani Łysole – potwierdziłem i lekko kiwnąłem głową, doskonale wiedząc, że blondyn i tak mnie nie widzi.
– Jak ich nazwałeś? – Ashton wył ze śmiechu, ale po chwili spoważniał. – Skręć teraz w lewo i dociśnij gazu.
Wykonałem jego polecenie, w ostatniej chwili skręcając, bez włączania kierunkowskazu. Kilkoro kierowców bardzo ostentacyjnie pokazało mi środkowy palec i wykrzykiwało pod nosem przekleństwa, których mogłem się tylko domyślać.
– Jedź szybciej – polecił Ashton.
– Skąd wiesz, gdzie jestem? Myślałem, że umawialiśmy się nieco inaczej.
– Jaja sobie robisz? Myślisz, że zostawię przyjaciela w potrzebie? – prychnął głośno. – Spójrz w lusterko, trzeci samochód za tobą. Przy okazji, cześć Emma.
Słyszałem w jego głosie rozbawienie. Co on sobie wyobrażał? Spojrzałem w lusterko, tak jak mi polecił i zobaczyłem czerwonego sedana, z moim przyjacielem za kierownicą. Miał na głowie czerwoną bandanę, która jak zwykle przytrzymywała jego blond loki. Uśmiechał się kpiąco, doskonale wiedząc, że go widzę.
– A teraz, Cal, spójrz odrobinę w lewo, na czarne bmw.
Po raz kolejny wykonałem jego polecenie i moje oczy ujrzały dwóch napakowanych kolesi, w czarnych koszulkach tak bardzo opinających ich ciała, że jeszcze moment a trzasną szwy. Trzymali się blisko nas.
– Ash, mistrzu mój… – zacząłem.
– Skręcaj w prawo. JUŻ! – krzyknął na mnie, a ja niewiele myśląc, zrobiłem co mi kazał. – Emma, złotko, nie przywitasz się?
– Zamilknij… – warknąłem zły, przyciskając pedał gazu. – Co dalej?
– W lewo, a na Screw Street w prawo i jak najszybciej na Adventure Road, a tam w las. Zrozumiałeś? Powtórz.
– Screw Street, Adventure Road, las.
– Tam się zatrzymasz i poczekasz, aż znów zadzwonię. Bez odbioru – rzucił wesoło i usłyszeliśmy dźwięk przerwanego połączenia. Westchnąłem głośno i przycisnąłem gazu, skręcając w lewo. Modliłem się, abym nie dostał mandatu. Musiałem ich zgubić, bo przecież musiałem bezpiecznie przetransportować Emmę do mojej posiadłości, aby tam wymyślić plan, gdzie ją dalej wysłać.
– Bez odbioru, frajerze – rzuciłem cicho. – Przepraszam za niego – powiedziałem już głośniej, kierując słowa do Emmy.
– Kto to był? – zapytała, marszcząc brwi.
– Ashton, mój przyjaciel. Jest trochę szurnięty i nieco, hm… zboczony. Ale musisz mu wybaczyć, taki już jest.
Szatynka pokiwała jedynie głową, nic już nie mówiąc i znów zawiesiła wzrok na ulicach. Wjechałem w Adventure Road i tu już mogłem przyśpieszyć tyle, ile tylko potrzebowałem. Jednak był i minus tej drogi. Była prosta i długa, przez co byłem na niej widoczny. Musiałem jak najszybciej wyjechać z terenu zabudowanego i jeszcze szybciej zniknąć w lesie.
Znałem te tereny tylko z grubsza. Razem z Irwinem mieliśmy tutaj mały domek z jeziorem i znałem drogę tylko do niego. Przyciskałem gazu i wypatrywałem dużego głazu po lewej stronie, który zawsze był moim drogowskazem. Spojrzałem w lusterko. Droga była pusta i miałem nadzieję, że taka zostanie.
– Wiesz chociaż, gdzie jedziesz, czy będziesz tak pędził na ślepo, prostą drogą? – Dogryzła mi Emma.
– Dzięki za świetną radę, ale doskonale wiem, gdzie jadę.
Na potwierdzenie mych słów, skręciłem w prawo, wjeżdżając w małą i słabo widoczną leśną drogę. Znajdowała się dokładnie naprzeciwko wielkiego głazu. Lekko rzucało nami na boki, bo moje auto nie było przystosowane do takiej drogi. Może gdybym miał Jeepa… Poprawka, mam Jeepa, ale stoi grzecznie w garażu, nie używany od… Od czasu kiedy Ashton pożyczał go ostatni raz. Czyli jakieś pięć dni temu.
Zatrzymałem się obok domku, w miejscu z trzech stron otoczonym dużymi krzakami, które maskowały auto. Odpiąłem pas i wysiadając, sięgnąłem po telefon. Emma poszła za moim przykładem i także wysiadła.
– Wyjaśnisz mi całą tę sytuację, Calum? – spytała lekko, ale wyczuwałem drgającą nutę w jej na pozór spokojnym głosie.
Ona się mnie bała.
– Porozmawiamy jak tylko będziemy w bezpiecznym miejscu, okey?
– No dobra – zgodziła się niechętnie i lekko wskoczyła na bagażnik samochodu, rozsiadając się wygodnie.
Wykręciłem numer Ashtona, lecz nie odbierał. Zirytowany schowałem telefon do kieszeni i spojrzałem na Emmę. Czarne włosy miała związane w wysokiego kucyka z tyłu głowy, ale pojedyncze kosmyki wydostały się spod gumki i teraz okalały jej twarz. Pistacjowa sukienka miała głęboki dekolt i kończyła się… stanowczo zbyt wysoko. Dziewczyna widząc mój wzrok, zgrabnie zeskoczyła z auta i sukienka opadła niżej, do połowy ud.
O tak, teraz lepiej. Uspokoiłem rozemocjonowane serce. Calum, czy ty…?
– Chcesz się może czegoś napić? Powinniśmy mieć jeszcze herbatę, bo kawa się niestety skończyła jakiś czas temu – zapytałem szybko, nie pozwalając podświadomości na zadanie tego pytania.
– To twój domek? – spytała lekko zdziwiona.
– Mój i Ashtona – potaknąłem. Skierowałem się w stronę drzwi i zza rynny na rogu domku wyjąłem mały kluczyk, którym otworzyłem zamek i zaprosiłem dziewczynę do środka.
Nie czekając, aż brunetka także wejdzie, pobiegłem do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę. Na stole leżała otwarta paczka chipsów. Sprawdziłem jej zawartość. Była w połowie pełna, jednak wywietrzała.
– Jak widać, Ashton był tu mniej więcej trzy dni temu – oznajmiłem, po części do siebie, po części do Em.
– Gdzie jest toaleta? – zapytała z nieco głupim uśmieszkiem, w rękach ściskając swoją malutką torebkę.
Wskazałem jej drzwi. Jak na dziewczynę przystało, spędziła w łazience tyle czasu, że spokojnie zdążyłem zrobić herbatę i wyjąć z szafki paluszki. Gdy usiadła przy stole, naprzeciwko mnie, uśmiechnąłem się lekko. Podziękowała mi za napój, ale siedziała jakby zamyślona. Spróbowałem ponownie połączyć się z Irwinem, jednak nadaremno.
– Jaki on jest? – zapytała, przerywając ciszę.
– Kto? – Nie rozumiałem o czym mówiła, czyżbym zasnął i coś przegapił?
– Ten twój przyjaciel – wyjaśniła spokojnie. – Podrywa tak każdą dziewczynę?
– Niestety, ale owszem. I ma nieco dziwne upodobania, bo po każdej, którą miał w łóżku, zostawia sobie pamiątki.
– Ty też takie masz?
– Co mam? – Nie bardzo rozumiałem, o co mnie pyta.
– No, takie upodobania – wyjaśniła, a jej policzki pokryły rumieńce.
– Nie, w życiu. – Szok wymalowany na mojej twarzy najwyraźniej ją uspokoił. – Czy wyglądam na takiego?
– Nie, wyglądasz na takiego, co zabiera dziewczynę w dziwne, aczkolwiek romantyczne miejsca i proponuje herbatę, ale źle reaguje na jakikolwiek dotyk – powiedziała mrużąc oczy.
Westchnąłem. Teraz zacznie się zadawanie pytań. A ja przecież nie mogę jej wyjaśnić całej prawdy. Nie odzywałem się, jedynie pijąc ciepły napój, a później odstawiłem kubek do zlewu. W momencie, gdy już chciałem coś powiedzieć, pod domek podjechało auto. Zerwałem się szybko i spojrzałem przez małe okno, jednocześnie chowając się za firanką.
– Co się dzieje? – spytała nieco przestraszona Emma.
– Moja rejestracja? – zdziwiłem się. – Och, Ash.
Z Jeepa wysiadł umięśniony blondyn, w długich czarnych spodniach i bordowej koszulce. Z uśmiechem, podśpiewując, wszedł do środka i od razu do mnie podszedł. Klepnął mnie dłonią w plecy, uważając, aby nie dotknąć skóry.
– Dobra robota, Hood. A teraz bierz dupę w troki, wsiadaj z laską do Jeepa i zjeżdżaj, bo ja będę miał gości za dwie godziny. Przy okazji, Michael pożyczy sobie twój pokój. A raczej łóżko – oznajmił.
– Zwariowałeś?! Nie ma mowy! – oburzyłem się.
– No daj spokój, przecież nie zmieścimy się w czwórkę na jednym łóżku. W ogóle, to takie nieestetyczne – skrzywił się z obrzydzeniem. – Poza tym, ktoś w końcu musi ochrzcić twoje łóżko, skoro sam jeszcze tego nie zrobiłeś.
– A rób co chcesz – westchnąłem zrezygnowany. – Chodź, Emma, jedziemy.
Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Wyszła z domu, nie patrząc na Ashtona. Zaśmiałem się w duchu.
Irwin, chyba jej się nie spodobałeś.


– Tutaj mieszkasz? – zdziwiła się, gdy tylko wjechaliśmy na teren mojej posiadłości. Jej oczy przybrały kształt talerzy, na widok wielkiej białej willi. – O, Jezusiu…
– Oprócz mnie nie ma tutaj nikogo. Co kilka dni jest sprzątaczka i ogrodnik.
– Nie nudzisz się? – zdziwiła się.
– Owszem, ale sam do takiego stanu doprowadziłem. – Zamknąłem oczy, zaciskając dłonie na kierownicy. Wspomnienia wracały. Wyrzuciłem je z myśli, lecz niezbyt szybko.
– Calum? – Emma położyła dłoń na moim ramieniu. Cieszyłem się, że na materiale koszulki. W przeciwnym razie znów miałbym wizję, a tego nie chciałem.
– W porządku. Chodź.
Wysiadłem z auta i zaprowadziłem dziewczynę do wejścia. Weszła do środka jakby wchodziła do zamku, albo dworu magnackiego. Ja natomiast trzasnąłem drzwiami, nie bacząc na to, że kosztowały pięć tysięcy dolarów. Kogo by to obchodziło?
– Kawa? Herbata? Może w szafce znajdę jakieś ciastka? – spytałem, idąc do kuchni, gdzie szybko przeszukałem wszystkie szafki.
Znalazłem herbatniki i jakieś ciastka w czekoladzie z bakaliami. Wyłożyłem wszystko na talerz i zrobiłem dwie kawy. Nie przejmowałem się tym, że szatynka nie odpowiedziała na moje pytanie. Zaniosłem wszystko do salonu, gdzie spodziewałem się ją znaleźć. Jednak jej nigdzie nie było. Zaskoczony, ale także z lekka przerażony, wybiegłem do korytarza.
– Emma?!
– Kto to jest? – Spojrzałem w kierunku, z którego dochodził głos.
O nie. Skierowałem się do pokoju, w którym była dziewczyna. Był sporych rozmiarów. Na środku, na podwyższeniu, stał czarny lśniący fortepian i nic poza tym. Za to całe ściany były zapełnione fotografiami w dużych antyramach. Każde zdjęcie było formatu kartki A3.
– To jest Mali-Koa – odpowiedziałem cicho.
– Była twoją dziewczyną? – Zapytała, patrząc na fotografię, gdzie ja wraz z wysoką szatynką o również ciemniejszej karnacji, przytulaliśmy się mocno i patrzyliśmy wprost do obiektywu.
– Siostrą – wyszeptałem.
Emma odwróciła się gwałtownie i widząc w jakim jestem stanie, podeszła blisko mnie. Zbyt blisko. Musiała się domyślić, że Mali nie żyje, gdyż wyszeptała dwa najbardziej znienawidzone przeze mnie słowa, których używał każdy. „Przykro mi”.
– Tak bardzo ją kochałem – wyszeptałem, a po moich policzkach pociekły łzy, które dziewczyna starła kciukami. Nie dbałem o to, że dotyka mojej nagiej skóry. To się teraz nie liczyło. Liczyły się wyrzuty sumienia, które opanowały całe moje ciało. Zazwyczaj omijałem ten pokój, nie wchodziłem do środka, bo wiązało się to ze zbyt dużymi emocjami, których nie potrafiłem kontrolować.
Czułem, jak Em obejmuje dłońmi moją twarz, a następnie złącza swoje słodkie usta z moimi. I wtedy wszystko wybuchło. Dosłownie.
Emma na łóżku, posiniaczona. Emma w magazynie, z lufą przy skroniach. Emma związana sznurem i przywiązana do ściany. Emma i nóż, sunący po jej bladej skórze. Jej krew, ściekająca na podłogę. Magazyn i ja. Ja i Ashton. Wystrzał. Ja, upadający na ziemię. I najbardziej przerażający krzyk, jaki w życiu słyszałem, należący do Emmy.
Odepchnąłem ją od siebie. Musiałem złapać się brzegu fortepianu. Inaczej bym upadł. To było zbyt wiele. Serce biło zbyt szybko. Krew w żyłach pulsowała jak nigdy. A żołądek pochodził do gardła tak bardzo, że aż czułem mdłości. W głowie mi się kręciło i ledwo utrzymywałem równowagę. Wziąłem kilka głębokich oddechów.
Powinno już mi przejść. Czemu wciąż to odczuwam? Czemu nie przeszło?
Podniosłem wzrok i zobaczyłem Emmę, lekko zgiętą, trzymającą się jedną dłonią za brzuch, a drugą zasłaniającą usta. I wtedy się domyśliłem, że ona także widziała tę wizję. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma, pełnymi strachu.
– Co to do cholery było? – Jej przerażenie było aż namacalne w powietrzu.
– Wizja – westchnąłem i starałem się wyprostować, co niestety było w tej chwili niemożliwe. Wizja przeszła także na Emmę, co zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu. Przez to straciłem zbyt wiele energii.
– Jak to wizja?
– Co widziałaś? – Musiałem zadać to pytanie, aby dowiedzieć się, czy widziała to co ja, czy coś innego.
– Siebie. Bitą, gwałconą, szarpaną. I ciebie. Jak do ciebie strzela. – W oczach miała łzy. – Kim ty jesteś? Kim!? Gangsterem? Chcesz mnie im oddać?
– Nie, Em… Ja…
– Nie spotkałeś mnie przypadkiem, tak? To było ustalone. A ten kretyn, ten zboczeniec, twój przyjaciel, śledził mnie, tak?
– W metrze spotkałem cię przypadkowo. Zepsuł mi się samochód, byłem zmuszony do wracania komunikacją miejską. Później spotkałem cię specjalnie. Chciałem się upewnić, czy wszystko z tobą dobrze, po tym, co zobaczyłem w wagonie. Ale zobaczyłaś mnie, a później, w twoim mieszkaniu miałem kolejną wizję, bardziej szczegółową. I od tamtej pory śledził cię Ashton, ale spokojnie. Nie obserwował twoich okien, wiesz, jakby się okazało, że chodzisz nago po mieszkaniu, czy coś. On cię tylko pilnował na zewnątrz – tłumaczyłem, pod koniec lekko się plątając. – Zadzwonił do mnie, że tych dwóch Łysoli także cię śledzi, więc musiałem coś zrobić.
– Co to za wizje? – spytała, całkowicie ignorując moją długą wypowiedź.
– Widzę przyszłość w urywkach – westchnąłem. – Wywołuje je kontakt z moją skórą. Stąd te bluzy. Dlatego nie lubię, gdy ktoś mnie dotyka. To mnie wyczerpuje. I często widzę coś, czego wolałbym nie widzieć.
– To jest… chore! To nie może być prawda! Nie może! – Po jej policzkach płynęły łzy, ale oprócz tego, wszystko z nią było w porządku. Skutki po wizji trzymały tylko mnie. Dalej opierałem się o fortepian, ledwo stojąc.
– Em, posłuchaj. Pomogę ci stąd wyjechać. Gdzie tylko chcesz. Zostaniesz tutaj, ze mną. Jesteś w niebezpieczeństwie i nie możesz być sama. Oni po ciebie przyjdą. Musimy cię ukryć, rozumiesz?
– Chyba śnisz. Jesteś chory! Nie, nie, nie. – Pokręciła przecząco głową. – Wychodzę – oznajmiła i ruszyła do drzwi, prawie biegnąc.
– Nie! Emma, stój!
Chciałem za nią pobiec, lecz dałem radę zrobić tylko trzy kroki i runąłem na podłogę. Zebrałem w sobie wszystkie siły, gdy tylko usłyszałem trzask zamykanych drzwi. W tym momencie żałowałem, że cała moja posiadłość nie jest strzeżona. Strażnicy na pewno by jej nie wypuścili, ale takowych nie było. Podniosłem się z podłogi i zaciskając zęby, wybiegłem za nią.
Gdy wybiegłem z domu, ona już była za bramą. W tym stanie ciężko było mi biec, ale zmusiłem się do tego wysiłku. Był ponad moją miarę, ale musiałem ją dogonić. Musiałem ją gdzieś ukryć i to był teraz mój priorytet. Wybiegłem przez bramę i pobiegłem w lewo, tak jak i brunetka. Była daleko przede mną i żałowałem, że nie wziąłem samochodu. Jednak nie byłem pewien, czy byłbym w stanie prowadzić.
I wtedy zobaczyłem to, czego bardzo widzieć nie chciałem. Zza drzew wyskoczyli dwaj mężczyźni ubrani na czarno i bez żadnego problemu złapali dziewczynę. Jej krzyk usłyszałem nawet z tak dalekiej odległości. Zmusiłem się do jeszcze większego wysiłku, mimo iż wciąż traciłem siły, zamiast je regenerować.
Emma piszczała, krzyczała, kopała i gryzła. Zupełnie jak na mojej wizji. I już wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Nie dałem rady dalej biec, potknąłem się o kamień i padłem jak długi na asfalt. Słyszałem pisk opon, a później nie widziałem ani nie słyszałem samochodu.
Odjechali.
W mojej głowie pojawił się obraz sprzed trzech lat. Grób otoczony kwiatami i wiązankami. Świeżo zakopany. Było zaledwie kilka godzin po pogrzebie, a ja wciąż tam byłem. Stałem nad jej grobem i płacząc, wypowiedziałem słowa: Wybacz mi Mali. Obiecuję, że już więcej nikomu nie pomogę, nawet gdybym zobaczył coś naprawdę strasznego. Zrobię to dla ciebie, aby już nikt więcej przeze mnie nie zginął.
A teraz miałem zamiar złamać złożoną obietnicę. 


No, to się porobiło, co nie? Co myślicie o rozdziale? Czekam na opinie, miśki ;) Kolejny już niedługo :) Koneko


5 komentarzy:

  1. Fajny rozdział, tylko szkoda że coraz bliżej końca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo interesujący rozdział
    plus bardzo fajnie piszesz :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj :)
    Zostałaś nominowana do #Liebster Award.
    Pozdrawiam i gratuluję
    http://words-are-my-addiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    chciałabym zaprosić Cię na Katalog opowiadań o 5 Seconds Of Summer!
    Zapraszam do zgłoszenia swoich blogów!

    [katalog5sos.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.