MENTAL - Rozdział 4




Moje życie w ciągu ostatnich kilku lat nie było zbyt ciekawe i przyjemne. Mieszkałem sam, a jedyną atrakcją był mój najlepszy i za razem jedyny przyjaciel, Ashton Irwin. Mój dom był ogromny, skromnie mówiąc. Willa z basenem, własnymi kortami tenisowymi i hektarami zieleni – była właściwie pusta. Nie rozumiałem, po co jeszcze to trzymam, zamiast sprzedać i kupić coś małego w mieście, ale odkąd pamiętam, byłem rozpieszczonym dzieciakiem, który od najmłodszych lat nie cierpiał bogactwa. Jednak z czasem przyzwyczaiłem się do takiego życia i bez dobrego, luksusowego samochodu, nie potrafiłem się poruszać. Przykład? Sytuacja w metrze.
Chociaż jeśli się zastanowić, to był plus. Uratowałem Emmę przed głupimi śmiechami niewychowanych ludzi, którzy stąpali po tej ziemi. Byłem prawie pewien, że nikt by jej nie pomógł, i jedynie by ją wyśmiewali.
Telefon leżący na kanapie, tuż obok mojej nogi, zawibrował, informując o nowej wiadomości. Leniwie spojrzałem na ekran. Ashton. Odblokowałem ekran palcem i przeczytałem kolejną nudną wiadomość tego dnia.

Wszystko OK. Jest na zakupach w piekarni. Jesteś pewien, że nie chcesz wiedzieć, co ma na sobie? ^^

Prychnąłem pod nosem. Ashton był znany z upodobania do ładnych kobiet, ale wyraziłem się wystarczająco jasno, że nie powinien jej zaczepiać. Śmiech i zabawa jednym, ale ta sytuacja była zbyt poważna, aby sobie na to pozwolić. Chłopak doskonale wiedział, w czym rzecz i nawet nie próbował podchodów. Można było na nim polegać i ufałem mu, jak nikomu innemu.
Skoro nie możesz ufać samemu sobie, ufaj chociaż jemu. Naśmiewała się ze mnie moja podświadomość, która czasem była tak irytująco prawdziwa, że aż bolało.

Nie sądzę…

Wklepałem szybko tekst i wysłałem SMSa. Nie musiałem czekać długo na odpowiedź. Ashton nie rozstawał się ani na minutę ze swoją Christy, jak pieszczotliwie nazywał swoją komórkę.

Pistacjowa sukienka. Ale jestem pewien, że pod spodem ma albo czarną koronkową bieliznę, albo nie ma nic. Tak podpowiada mi wyobraźnia, a co mówi twoja?

Zaśmiałem się do ekranu i ponownie opadłem na oparcie, wlepiając wzrok w wielką plazmę wiszącą na ścianie. Ashton już taki był i właśnie za tę jego otwartość wszyscy go podziwiali. Stąd też zdziwienie ludzi, że przyjaźni się z takim człowiekiem jak ja. Mam opinię cichego i zamkniętego w sobie bogacza, który nie chlasta pieniędzmi na prawo i lewo, i to jedyny szczegół, dzięki któremu nie jestem potępiany przez społeczeństwo.
Od dwóch dni nie wychodziłem z domu, a jedynymi osobami, z którymi rozmawiałem, oprócz Irwina, byli ogrodnik Steve oraz sprzątaczka Gloria, którzy odwiedzali mnie co dwa lub trzy dni, w zależności od grafiku. Ktoś się musiał zajmować posiadłością, a ja ani nie potrafiłem sprzątać, ani grzebać palcami w ziemi, przesadzając kwiatki.
Uśmiechnąłem się do własnych myśli. Przypomniałem sobie sytuację, gdy miałem 9 lat i byłem wstydliwym chudzielcem, który zwykle siedział chicho, ale jak już coś zmalował, to naprawdę dużego. Steve był naszym ogrodnikiem odkąd pamiętam i tamtego słonecznego dnia, zapytałem go, czy mogę pomóc mu kosić trawę. Ucieszył się z mojej inicjatywy, lecz niestety nie przewidział konsekwencji tego czynu.
Wykosiłem trawę, owszem, ale nie tak, jak powinienem. Gdy Steve wraz z moją matką wrócili dwie godziny później, z drugiego końca posiadłości, gdzie wspólnie plewili rabatki, co było ulubioną czynnością mamy w wolnych chwilach, trawnik był wykoszony w kształt wielkiego H, czym doprowadziłem mamę do płaczu, a ogrodnika do napadu śmiechu, co poskutkowało uderzeniem w tył głowy przez matkę. Do dziś na to wspomnienie uśmiecham się szeroko.
Z zamyślenia wyrwały mnie kolejne wibracje mojego telefonu. Zirytowany wyrwaniem mnie z tej sielanki, spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłem, że dzwoni Ash. Czyżby jednak miała zieloną bieliznę? Odebrałem, w duchu ciesząc się z mojej myśli.
– Co tam?
– Nie jestem jedyny – rzucił spiętym głosem.
– Nie tylko ty zaglądałeś jej pod sukienkę? – spytałem rozbawiony. Gdyby mnie teraz widział, zobaczyłby moje uniesione do góry brwi.
– Koniec żartów, Hood. Nie tylko ja ją śledzę.
– Ups? – palnąłem, nie mogąc się powstrzymać.
– Nie śmiej się. – Ashton chichotał cicho, ale po chwili spoważniał. – Jest ich dwóch, napakowani jak ochroniarze w California Club.
Przewróciłem oczami na wzmiankę o ulubionym klubie nocnym mojego przyjaciela. Chodził tam przynajmniej dwa razy w tygodniu, wchodził sam i za każdym razem wychodził z inną dziewczyną. Jednak po chwili przypomniałem sobie Pana Napakowanego Łysola, który wytrącił jej dwa dni temu zakupy z rąk. Zmarszczyłem brwi, teraz jednak nie w rozbawieniu.
– Jadę tam.
– Nie.
– Nie pytałem cię o zdanie – prychnąłem głośno. – Jadę tam. Gdzie ona jest?
– Calum, miałeś się nie bawić więcej w pieprzonych bohaterów! – wrzasnął Ashton do słuchawki, jednak zignorowałem go, dopytując, gdzie dokładnie jest Emma.
Gdy uzyskałem potrzebne mi informacje, nie bacząc na to, że jestem w fioletowym T-shircie i krótkich czarnych spodenkach, rzuciłem się po kluczyki. Sam nie wiedziałem, czemu tak reaguję, ale wiedziałem, że muszę jej pomóc, chociaż na tyle, na ile mogę.
Ale tak, żeby jej nie skrzywdzić.
Moja podświadomość uwielbiała się wtrącać i nic nie mogłem poradzić na ten fakt. W tej chwili ważniejsza od mojej nagiej skóry była dziewczyna. W ekspresowym tempie znalazłem się w samochodzie i z piskiem opon odjechałem z podjazdu. Dopiero na prostej drodze, po której co prawda jechałem 190km/h, zapiąłem pasy. Jechałem pod jej dom, gdyż tam najprawdopodobniej zmierzała, według obserwacji Irwina.
W mojej głowie pojawił się kolejny, irytujący głosik, który przypominał mi o wydarzeniach sprzed trzech lat. O tym, jak przez jeden głupi błąd, straciłem osobę najważniejszą w moim życiu. O tym, jak przeze mnie zginęła. Przez fakt, że tak bardzo chciałem pomóc.
Czy gdyby się nie wtrącał, dalej by żyła? Prawdopodobnie tak. Czy gdyby nie ja, wyszłaby z tego cało? Oczywiście, że tak. Ale ja, Calum Hood, musiałem się wtrącić w nie swoją sprawę i wszystko spieprzyć. Uderzyłem dłonią w kierownicę. Oddychałem stanowczo zbyt szybko i gwałtownie.
Zdjąłem nogę z gazu, aby chociaż troszeczkę zwolnić. Nie chciałem dostać mandatu. A także stanowiłem zagrożenie dla innych ludzi, chociaż innego rodzaju niż ten, o którym myślałem. Sięgnąłem ręką do siedzenia obok, starając się wymacać czarną bluzę, która powinna tam leżeć. Lecz jej nie było.
– Co do cho…?
Spojrzałem na puste siedzenie i przypomniałem sobie, że moja ulubiona bluza, została w mieszkaniu Emmy. Przekląłem pod nosem i zacisnąłem palce na kierownicy. Nóg nie musiałem tak chronić jak rąk, a w szczególności dłoni. Bo to dłonie były moim darem i przekleństwem za razem.
– Spokojnie, Calum, pójdziesz i ona na pewno odda ci tę bluzę, a nawet jeśli nie, masz w szafie kilka takich samych… – mówiłem do siebie, coraz bardziej ściskając kierownicę. – Ale tylko ta jedna była prezentem od Mali… – szepnąłem w pustą przestrzeń, a w moich oczach pojawiły się łzy. – Dobra, koniec – prychnąłem – nie bądź słaby.
Nie mogłem się rozkleić.
Nie tutaj.
Nie na środku ulicy.
Nie w tej chwili.
Skręciłem na parking przed domem Emmy i zaparkowałem, rozglądając się na boki i szukając dziewczyny. Zobaczyłem ją przy wejściu do klatki. Ale tylko ją. Ani Ashtona, ani Napakowanych Łysoli. I wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl. Miałem idealną wymówkę, aby do niej iść. Szybko wysiadłem z auta i pobiegłem pod klatkę. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, ale na mój widok uśmiechnęła się szeroko.
– Calum! – Przywitała mnie z entuzjazmem, lustrując mnie wzrokiem od koszulki, przez spodenki, po czarne vansy. – O proszę, zrezygnowałeś, jak widzę, z długich spodni i bluz? – zakpiła.
– No, tak jakby.
– Zostawiłeś u mnie bluzę, dwa dni temu. Wiesz o tym? – zapytała i otworzyła drzwi. Jak na dżentelmena przystało, przepuściłem ją przodem, a gdy zaczęła wspinać się po schodach na górę, poczułem, że stanie się coś dziwnego.
– Tak, wiem.
– Dlatego tu jesteś, tak? – spytała smutno. – Wiesz, w głębi duszy miałam nadzieję, że chociaż trochę mnie polubiłeś.
Właśnie chciałem odpowiedzieć, że tak właśnie było, gdy z góry zbiegł Pan Napakowany Łysol, ten sam, który wytrącił jej wtedy zakupy. Moje serce zaczęło bić w szaleńczym tempie, a adrenalina mi podskoczyła. Tym razem, zamiast zakupów, potrącił Emmę, która zachwiała się niebezpiecznie i runęła do tyłu, wprost na mnie. Złapałem ją w talii, zanim oboje straciliśmy równowagę i spojrzałem na drzwi od klatki, które właśnie zamykały się za mężczyzną.
– Kretyn – wysyczałem i pomogłem Emmie stanąć prosto. Miałem właśnie się odsunąć, gdy szatynka złapała mnie za dłoń i ścisnęła ją mocno.
Kurwa, nie. Tylko nie to.
Żołądek podskoczył mi do gardła, a ja ujrzałem kolejną przerażającą wizję.
Emma leżała na starym, brudnym łóżku, prawie naga. Okrywał ją jedynie cienki materiał bielizny, a na jej nadgarstkach i udach widniały ogromne, fioletowe siniaki. Z ust ściekała jej krew, która brudziła i tak już brudne prześcieradło. Była ledwo przytomna, a mimo to, wielki napakowany mężczyzna pochylał się nad nią i dotykał jej ciała.
Czy oni to właśnie jej zrobią? Zgwałcą niewinną dziewczynę? I kim oni właściwie są? Lecz zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, wizja przeszła w kolejną.
Wysoki, szczupły blondyn, który mimo swojej postury był umięśniony, trzymał za włosy klęczącą przed nim Emmę i przykładał jej pistolet do skroni. Ból wymalowany na jej twarzy był tak wielki, że czułem, jak krwawi moje serce. Po jej policzkach spływały łzy. Widziałem siebie i Ashtona, obaj byliśmy uzbrojeni. I widziałem, jak jeden z Panów Napakowanych, pociąga za spust, a kula leci… leci… leci…
i trafia prosto w moje serce.
Oderwałem się od Emmy i cofnąłem o trzy schodki w dół. W głowie mi się kręciło od wrażeń, ale był to też skutek zbyt długiej wizji. Podtrzymałem się ściany, aby nie upaść. Dlaczego ona, do cholery, złapała mnie za dłoń?! Ale w tej chwili najważniejszy był fakt, że tym razem nie zginie niewinna osoba, tylko ja.
– Cal? Co się dzieje?
Nim zdążyłem zareagować, ona złapała mnie za przedramię i pociągnęła do siebie. Dopiero teraz zauważyłem, że chwieję się i prawie spadłem ze schodów. Ale mimo wszystko, zbyt długo doświadczałem jej dotyku i w mojej głowie pojawiły się kolejne obrazy.
Widziałem jak dwóch mężczyzn siłą wciąga ją do czarnego samochodu. Ciemnowłosa dziewczyna opierała się jak mogła. Gryzła, kopała. Jednak na marne. Drzwi auta zatrzasnęły się, a samochód, wraz z porwaną dziewczyną, odjechał.
– Nie dotykaj… – wyszeptałem i mogłem się założyć, że z grymasem bólu.
– Co się stało? Boże, boli cię coś? – Emma panikowała. – Masz astmę? Albo… Jezu, a jeśli to zawał!? Musisz koniecznie usiąść. Calum, słyszysz?
– Puść mnie, musisz się odsunąć – wychrypiałem i odepchnąłem ją od siebie.
Zbyt wiele energii kosztowało mnie odrzucanie wizji. Nie chciałem widzieć więcej. To co zobaczyłem, to i tak było stanowczo za dużo. Oparłem się o ścianę, dwa metry od Emmy, która stała przerażona i nie wiedziała, co zrobić.
Nie mogłem zostawić jej samej, bo gdybym to zrobił, ci mężczyźni na pewno by ją zabrali, a potem zgwałcili i pobili, tak jak na tej wizji. Musiałem coś zrobić. Musiałem pomóc. Chociaż dobrze wiedziałem, że zakończy się to źle, tak jak trzy lata temu. Ale nie mogłem siedzieć bezczynnie, wiedząc, że grozi jej niebezpieczeństwo. Dziewczyna nie mogła być sama.
Daj spokój, Calum. Przecież wcale nie musi dochodzić do tej sytuacji z wizji i dobrze o tym wiesz. Dobrze wiesz, że te wizje nie są w stu procentach pewne. Zabierzesz ją do siebie na jakiś czas i wszystko będzie dobrze. Ukryjesz ją i nikt nie musi ginąć.
Byłem zadowolony, że chociaż raz moja podświadomość mówiła dobrze. Nie musiałem jej ratować. Mogłem ją jedynie ukryć, aby oni jej nie znaleźli. Mogłem dać jej nowe życie, tak, żeby nie doprowadzić do sytuacji z magazynu.
To samo mogłeś zrobić trzy lata temu. Mogłeś wykorzystać znajomości Ashtona, żeby pomóc jej, a zamiast tego grałeś na własną rękę.
Moja podświadomość znów nastawiła się przeciwko mnie. Ale musiałem dotrzymać obietnicy, złożonej nad grobem. Jej grobem. Obietnicy, że już więcej nie będę próbował ratować osób z moich wizji.
– Emma, czy mogłabyś ze mną gdzieś pojechać? – zapytałem już normalnym głosem. Wszystko już przeszło. Traciłem siły tylko na kilka minut.
– Teraz? – spytała zdziwiona.
– Tak. Mogłabyś?
Pokiwała głową, więc otworzyłem przed nią drzwi i zaprowadziłem do mojego auta. Gdy wsiadła do środka, ja zająłem miejsce kierowcy i odpaliłem silnik. Z piskiem odjechałem z parkingu, w drodze zapinając pasy. W końcu zdecydowałem się przerwać ciszę.
– Mówiłaś, że miałaś nadzieję, że cię polubiłem… Owszem, Emma, polubiłem. – Uśmiechnąłem się do niej lekko, tak, jak nie uśmiechałem się od trzech lat i poczułem zarazem ukłucie bólu, jak i pewnego rodzaju ulgę.
– Ja ciebie też polubiłam, Calum.
A w mojej głowie pojawiła się myśl, że moje jednak uda mi się nie dopuścić do spełnienia wizji i tym razem nie zginą przeze mnie niewinne osoby. 






Przypominam, że przewidziałam 7 rozdziałów i epilog, więc już niedługo będzie koniec ;c A szkoda, bo lubię tę historię :) Rozdział 5 już napisany, więc pojawi się najpóźniej w czwartek/piątek, a do tego czasu komentujcie ;) A do tego zmieniam okładkę opowiadania, która pojawi się w ciągu najbliższych kilku godzin w zakładce "Mental". :)

7 komentarzy:

  1. Cudne. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, ponieważ jak czytam, że w innych fanfiction/opowiadaniach ktoś WAŻNY umiera, to potem przez kilka dni chodzę jak... jak... jak jakiś trup. Więc proszę, nie rób mi tego po raz kolejny, proszę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę Ci tego obiecać, wybacz ;)

      Usuń
  2. Super rozdział :) Czekam na następny! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zostałaś nominowana do Liebster Award. Więcej informacji na moim blogu http://savemeff.blogspot.com/. Zapraszam :D

    OdpowiedzUsuń
  4. I co? Kiedy next? Kochana nie mogę się doczekać :D

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.